Rozmowy ZnadPlanszy #3 – recenzje i recenzenci

Raz, dwa, trzy, zły recenzent patrzy! A może dobry? No właśnie, jak to jest z polskimi recenzentami? Czy są potrzebni? Czy mają coś ciekawego (i sensownego!) do powiedzenia? Jakie zdanie o recenzentach mają wydawcy i dlaczego tak złe? Czy recenzentom powinno się płacić? A czy oni z kolei powinni pisać recenzje złych gier? Na te i wiele innych pytań postaramy się dzisiaj odpowiedzieć w Rozmowach Znad Planszy.

  • kwiatosz

    Poprzednio zrobiłem tak, że przesłuchałem całość, a później komentowałem, przez co prawie nie skomentowałem, bo wszystko co chciałem napisać gdzieś uleciało 😉

    Teraz będę robił tak, że komentarze będę pisał na bieżąco, jeżeli coś wobec tego wyjdzie bez sensu to przepraszam 😉

    Pierwsze spostrzeżenie mam a propos opłacalności przekazywania gier do recenzji. Gradanie ma jako takie zdecydowanie mniej wyświetleń/odsłuchań niż Wookie chociażby, a wiem ze 100% pewnością, że na skutek przekazania nam Spartacusa do recenzji w Pl sprzedały się przynajmniej 4 podstawki i 5 dodatków (dodatek zresztą sami kupiliśmy do recenzji) – nie wiem ile zarabia wydawca na egzemplarzu, nie wiem czy z tych kilku kopii koszt przekazania gry się zwrócił, ale na tych 4 kupionych kopiach zagrało pewnie minimum ze 20 różnych osób, z których pewnie niektórzy coś opowiedzieli innym znajomym – czy to fanom serialu, czy też po prostu w rozmowie. Teoria głosi, że dowolną dwójkę ludzi na Ziemi dzieli 6 znajomych – absolutnie sobie nie wyobrażam, żeby za koszt planszówki dało się inaczej pozyskać tyle pozytywnych opinii. I to z Gradania, strzelam, że Wookie mając sporo więcej wyświetleń statystycznie powoduje więcej krążących wrażeń. Więc nie przekonuje mnie, że wydawców tak naprawdę mało interesuje środowisko geeków – mają oni przecież niegeekowych znajomych, z którymi rozmawiają. Rebel swego czasu wynajął agencję PR do robienia szumu wokół generalnie planszówek, przekazują sporo gier do games roomów, dają gry do recenzji nawet do mniejszych portali – a wiedzie im się dobrze. Mam więc wrażenie, że wydawcą od korespondencji nie był Rebel, tylko ktoś mniejszy, kto jeszcze nie przekuł wydawania gier na tyle kasy, żeby jej więcej wsadzić w taki marketing. Ale to tylko taki mój strzał 😉

    Edit: a zmierzenie efektów przekazania gier do recenzji trudne nie jest, tylko drogie jak cholera.

    • Wydawcą zależy na dobrej opinii w dobrym miejscu. O to mi chodziło. I ja się im w cale nie dziwię, bo przecież im zależy na sprzedaży swojego produktu. Dlatego powiedziałem, że dobry blog opiniotwórczy może być lepiej odbierany niż niszowy blog ekspercki.

      • Windziarz

        Wydaje mi się, że najważniejsza jest sprzedaż. To czy o danej grze się pisze czy nie, chyba jest drugorzędne. Są wydawcy rozumiejący wpływ blogów, videocastów etc. i są tacy, którzy wierzą, że produkt się i tak sprzeda.

  • kwiatosz

    Sprzedawanie gier wysoko ocenionych – ja to rozumiem tak, że jeżeli zagrałem w takiego Eclipse 8 czy 10 razy do napisania recenzji, to wiem że gra jest dobra i wiedzą to czytelnicy. Ale wiem też, że po napisaniu recenzji mam znikomą szansę na zagranie pewnych tytułów – właśnie długich, albo gra jest już przesadnie ograna i nie zanosi się, żeby miała szybko wrócić na stół. Sprzedaż po bardzo pozytywnej recenzji wcale nie stoi w sprzeczności z rzetelnością. Oczywiście teoretyzuję, bo ja w zasadzie gier nie sprzedaję, ale podkreślam, że intelektualnie jak najbardziej rozumiem takie sprzedawanie.

  • kwiatosz

    Recenzje złych gier – w Gradaniu taką grę po prostu zjeżdżamy – ale po zagraniu, przemęczeniu przynajmniej drugi, trzeci raz. S-Evolution nie daliśmy rady zagrać drugi raz i pewnie reckę opuścimy.

    Natomiast bardzo komfortowe rozwiązanie daje tutaj pisanie dla Świata Gier Planszowych. Jeżeli gra jest dość słaba, to piszę reckę, która trafia na stronę – więc nie marnuje czasu kogoś, kto kupuje magazyn żeby poczytać o fajnych grach, a dodatkowo nie wypycha recenzji fajnej gry z numeru. Jeżeli natomiast tytuł jest tak fatalny, że nie dam rady drugi raz zagrać, to odsyłam i piszę tylko krótko do Sprintem… – gra więc dostaje szansę na rzetelniejszą recenzję, a przy tym mogę wyrazić całe poczucie krzywdy jakie towarzyszyło mi przy partii w dany tytuł. Polecam takie rozwiązanie 😉

    • Ja tym bardziej polecam bo sam go wymyśliłem 😉 Teraz ŚGP nie ma tego problemu bo już nie trzeba straszyć hasłem-kluczem: „papier to nie guma”. To jest plus dla e-wydać gazet.
      Kot by bardzo chciał 🙂

    • Windziarz

      Ideą powstania Gradania (mam nadzieję, że ekipa się ze mną zgodzi) było motywowanie Nas do systematycznego spotykania się, grania, dyskutowania o grach. Dzięki temu, że gramy w różne gry i te dobre i te średnie i te bardzo złe, coraz lepiej poznajemy swoje gusta, gusta innych. Wydaje mi się, że zjeżdżając grę – robimy coś dla dobra innych, którzy zaoszczędzą pieniądze, czas, nerwy. Poza tym zauważyłem, że im gorsza gra tym łatwiej o niej mówić 🙂 Ale faktycznie jedna, jedyna gra, która byłą tak słaba, że aż zęby bolą czyli S-evolution, nie doczeka się słowa od nas.

  • kwiatosz

    Swoje gry czy od wydawnictw – jeżeli bym recenzował tylko swoje gry, to pisałbym pewnie jak Tycjan – tylko o bardzo dobrych (tak przeważnie było lat temu X jak pisałem jeszcze z własnych kopii) – bo napędem do podzielenia się recenzją był entuzjazm związany z daną grą. Dodatkowym czynnikiem jest to, że do rzetelnej recenzji trzeba pograć – a więcej gra się w gry bardzo podobające się. Gra od wydawcy natomiast zobowiązuje – do ogrania solidnego, do przetestowania w różnych konfiguracjach. Pisząc recenzję gry od wydawcy mam poczucie, że należy mu się rzetelna robota. Co więcej, wystawiając średniej grze średnią ocenę mam wrażenie, że robię wydawcy przysługę – bo lepiej moim zdaniem żeby klient nie kupił tej gry danego wydawcy, niż gdyby ją kupił i stwierdził „ten wydawca atakuje jakimiś kupsztalami, raczej dam sobie na wstrzymanie z jego grami”.

  • kwiatosz

    Uwaga/pyatnie personalne – Kuba, Ty na monitorze miałeś tylko Yosha? Bo Tycjan ze 4 razy musiał zawalczyć o zabranie głosu w kwestii, którą chciałeś zamknąć zanim oddałeś głos 😛

    • Po prostu Kuba nie lubi Tycjana 😉 Kidding – czasami po prostu nie widać że ktoś macha w tym małym okienku na dole 😉
      A Artykuł możesz napisać swoją drogą 😛

      • No i staramy się jednak pilnować jakiś ram czasowych :]

        • Windziarz

          Trochę na początku ścinałeś te odpowiedzi 😛

    • Takie dzielenie jest dobre bo łatwiej na to odpowiadać potem. MI to nie przeszkadza 🙂

    • kwiatosz

      Sam sobie odpowiem 😉 Kurczę, trudno zrobić sensowną gadaną publicystykę (wiem, bo przecież próbowaliśmy w Gradaniu) – a ten odcinek, abstrahując od samych wniosków. jest naprawdę solidnym reprezentantem gatunku 🙂

  • UncleLion

    Środa Popielcowa rozpoczęła się sypaniem popiołu na głowy recenzentów:) I dobrze – przyda się nam wszystkim krytyczne spojrzenie.

    Odpowiadając na zaproszenie Kuby do dyskusji pozwoliłem sobie głos jako „czwarty”: http://przystanekplanszowka.pl/2014/03/recenzje-recenzenci-czwarty-glos.html

    • Namawiamy do komentowania pod wpisem żeby nie zmuszać czytających do skakania i toczenia kilku dyskusji, ale głos UncleLiona warty jest przeczytania.
      My ja zawsze namawiamy do dyskusji bo o to nam chodzi w nagrywaniu naszych podcastów. Nagrywamy podcasty dla słuchaczy wiec ich głos jest tutaj najważniejszy 🙂

  • Odi

    Wysłuchałem z ciekawością 🙂

    Liczyłem jednak, że więcej będzie mówione o warsztacie recenzenckim. Na odbiór i – co za tym idzie – ocenę gry, bardzo mocno wpływa to, z kim grasz (dlatego recenzent POWINIEN zagrać w daną grę w różnym składzie, często zupełnie w odmiennych, nieznających się ekipach) i w jakich okolicznościach (rozgrywka domowa, rozgrywka w klubie planszówkowym, konwent). Mam wrażenie, że najlepiej ocenić grę można na spokojnie w domu. Jest cisza, spokój, można skupić się na obserwacjach, wnioskach, analizie mechaniki… Rozgrywka w planszówkowym klubie, to już większy rozgardiasz (tu ktoś stoi z piwkiem, tam ktoś przyszedł, tu ktoś poszedł) i częstsze uleganie emocjom. Grupa ma łatwość nakręcania się zarówno negatywnie, jak i pozytywnie. Nie ma specjalnie czasu na pogadanie o grze, bo za chwile trzeba wyciagać na stół coś nowego, byle szybko, bo czas spotkania się kończy. Mam duży dystans do tekstów/ocen/opinii wyrabianych pod wpływem jednej-dwóch rozgrywek klubowych. Na końcu tej skali znajduje się konwent lub festiwal. Rozgardiasz niemożebny, chaos, najcześciej gra się na złych zasadach, wokół mnóstwo ciekawych rzeczy się dzieje, więc jeśli tylko gra nie chwyciła za serce w I kolejce, to od razu człowiek ma wrażenie, że bawi się gorzej niż reszta sali, marudzi, narzeka, jęczy. Na koniec wydaje opinię: beznadzieja. Oczywiście po jednej rozgrywce. Przykład? Niedawna afera z RftG: Alien Artifacts, w przypadku której to gry mieliśmy chyba do czynienia z typową konwentową psychozą (akurat negatywną). Grupa ludzi na konwencie na tyle zjechała ten dodatek, że Rebel wycofał się z wydania go w naszej wersji językowej, robiąc sobie urocze pijarowe seppuku. Tymczasem co się okazało? Na spokojnie, w domowych warunkach, po ograniu, okazało się, że AA jest INNE niż pierwszy cykl dodatków do RftG, ale prawdopodobnie równie dobre.

    Kolejna sprawa – Tycjan, rozumiem Twój pogląd o nie pisaniu nt słabych produkcji z punktu widzenia rednacza czasopisma drukowanego. Szkoda miejsca, papieru itp., skoro można o złej grze ostrzec czytelnika na stronie internetowej. Jasna sprawa. Ale recenzent w definicje wpisaną ma całą skalę ocen, którymi się posługuje: od złych, przez średnie, aż po dobre i wybitne. Ma oceniać, i to oceniać jak najbardziej rzetelnie, a więc również czasem negatywnie. Ma chwalić gry dobre i zwracać na nie uwagę odbiorców, ma też jednak ostrzegać przed wydaniem pieniędzy na gry złe lub słabe. Pisząc wyłącznie o grach dobrych wychodzisz z szufladki RECENZENT, chowając się w szafce z napisem POPULARYZATOR. O tak, popularyzator planszówek to też fajna funkcja i potrzebna, ale zgoła odmienna od recenzenta. Innymi słowy – zgadzam się w całej rozciągłości z Kubą 🙂

    Co do ostatniego wysypu recenzji negatywnych: pamiętajcie, że to był wysyp postessenowy. Jesli tam rokrocznie debiutuje kilkaset tytułów, nic dziwnego, że przewagę będą mieć gry przeciętne lub nawet względnie słabe. Redakcje przywożą z Essen worek gier i w tym worku są produkcje przeciętne i o nich też trzeba pisać, zwłaszcza w postessenowym szale zakupowym.

    Sprzedaż gier recenzowanych. Osobiście również tak robię, i to z różnych względów. Gry słabe – wiadomo. Gry dobre? Ja mam obsesję utrzymywania kolekcji na poziomie ok 40 tytułów. Więcej gier nie jestem w stanie sensownie wykorzystać. Dlatego sprzedaję czasem nawet tytuły dobre (i to nie tylko recenzowane, często również te zakupione przeze mnie), jeśli zbyt długo leżą na półce i widze, ze z jakichś powodów (brak czasu głównie, rozsypanie się ekipy) nie zagram w nie w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie chomikuję gier ‚na później’, choć są drobne wyjątki 😉

    Kolejny bardzo ważny aspekt to… znudzenie daną grą. Znudzenie dobrą grą, zapytacie? Ano tak. To rodzaj choroby zawodowej recenzentów 🙂 Wytłumaczę detalicznie: dostaje grę na warsztat. Łupię w nią przy każdej możliwej okazji, w każdej możliwej ekipie. Łupię, bo muszę. Bo goni termin. Bo jestem rzetelny i staram się sprawdzić wszystkie warianty, ustawienia, szukam wad i ukrytych zalet. Po kilku tygodniach takiego testowania, analizowania, wyciągania wniosków, wreszcie pisania recenzji (a piszę zwykle długaśne) itp itd. jestem grą po prostu zmęczony. Tak, fajna jest. Może nawet super. Ocenę wystawiłem dobrą, bo dobrze się bawiłem, wszystko działa i jest perełka. A jednak po zakońćzeniu pracy oddycham z ulgą, i moje towarzystwo również. Uff, wreszcie NIE MUSZĘ w nią grać – sięgnę po nią, kiedy JA BĘDĘ TEGO CHCIAŁ. Gra odpoczywa na półce tydzień, odpoczywa drugi… Sorry gregory – sprzedaję. Nie lubię gier leżących. Niech ktoś ma z niej frajdę. To trochę jak – przepraszam za porównanie – z aktorem filmów porno. Seks z pieknymi kobietami jest świetny, ale pewnie nie wtedy, kiedy musisz to robić czy ci się chce, czy nie. Seks jest super, kiedy mozesz robić to, na co masz ochotę, a nie to, co dobrze będzie wyglądać na filmie, albo czego oczekują widzowie/reżyser etc.

    edit: nie mówiąc o tym, że takie testowanie gry generuje koszty. Tu paluszki, tam piwko, tu dojazd, tam przyjazd, raz pizza, innym razem kebab… Innymi słowy – recenzenci DOKŁADAJĄ do interesu. Sprzedaż gry nie pokrywa najczęściej kosztów recenzji, a do tego recenzowanie zabiera czas możliwy do wykorzystania na inną grę, w którą chcemy akurat sobie zagrać.

    Co do recenzenckiego rynku: jest potwornie rozbudowany. Moim zdaniem znacznie ponad miarę. Tak naprawdę jest miejsce zaledwie dla kilku (3-4) zawodowych serwisów i kilku (3-6) blogów (a nie kilkunastu czy kilkudziesięciu). Zawodowych means takich, z którymi współpracują wydawcy i które otrzymują gry do recenzji za darmo. Zreszta każdy rynek dziennikarski po fazie wzrostu notuje fragmentaryzację na główny nurt i różne nisze, które z wolna stają się coraz bardziej wąskie, bo główny nurt wysysa z nich to, co najciekawsze dla ogółu odbiorców. Innymi słowy najlepsi blogerzy będą prawdopodobnie przechodzić lub współpracować ściśle z serwisami, a te oczywiście przygarną tylko najlepszych, najciekawszych. To jest również związane z ograniczoną możliwą percepcją odbiorców, bo przecież ile razy można czytać recenzję np Robinsona. No była już chyba o nim wszędzie. Czego nowego można się dowiedzieć o tej grze? Docelowy układ jest taki, że 3-4 serwisy zrecenzują takiego Robinsona pod kątem ogółu, a w kilku blogach bardziej niszowych poczytamy recenzje pisane z perspektywy jednego gracza, gry dwyosobowej, gry z dzieciakami, czy wreszcie dowiemy się, jak Robinson sprawdza się jako gra wojenna (fatalnie, 2/10, nie kupować! :D). Reasumując: rynek zrobi odsiew.

    Co do Tash-Kalar, to tylko zauważę, że niedawno gra dostała GoldenGeeka za 2013 rok w kategorii najlepszej gry abstrakcyjnej i nominację do najlepszej dwuosbówki. Nieźle, jak na reckę Wookiego 😉
    Coś jeszcze miałem chyba skomentowac, ale zapomniałem… 😉

    • Niech będzie, że jestem popularyzatorem, a nie recenzentem. To nawet może nawet i lepiej bo bardziej wpisuje się w mój pomysł na pisanie o grach 🙂 Nie czuję w sobie w ogóle misji wytykania błędów poprzez wskazywania złych produktów, tylko wolę wskazywać coś dobrego. Marchewka jest dla mnie wartościowsza niż kij. Blogi są z natury opiniotwórcze, pisze się na nich coś od siebie. To nie są redakcje ze ścisłymi założeniami i misją. Ja tak odbieram gry i na blogu piszę co o nich sądzę i w co polecam grać. Jestem blogerem. Zresztą nie mogę być recenzentem bo nie daje oceny końcowej 😉

      Co do sprzedawania gier to mnie we mnie jednak budzi się pytanie, gdy widzę dobrze/bardzo dobrze ocenioną grę po tygodniu od publikacji recenzji (czasami krócej) już do sprzedania. Może inni to inaczej odbierają, mnie to jednak drażni.

      O RftG: AA rozmawialiśmy nawet przed nagraniem i mieliśmy podobne wnioski i sądzę, że gra sprzedawała by się dobrze bez żadnego problemu.

      Co do recenzji Tash-Kalar Wookiego to przynajmniej on zrozumiał swój błąd i filmik został usunięty bardzo szybko. Przynajmniej podszedł do tego rozsądnie i za to go szanuję. Trudno, zdarza się najlepszym. W internecie są jednak koszmarki recenzenckie, które pozostają pomimo konstruktywnej krytyki. I to jest dopiero zło.

      • Windziarz

        Tycjan – po tym co mówiłeś, to słowo popularyzator od razu przyszło mi do głowy. Po pierwsze jak sam mówisz, piszesz o grach dobrych (oczywiście w Twoim mniemaniu), po drugie nie dajesz ocen. I to chyba nie są recenzje. Twoje teksty czyta się bardziej jak opowiadanie o grze (przynajmniej ja tak mam).
        Sprzedawanie gier – mnie też to uderza i to mocno. Jest jeden człowiek, który pisze i kreci videorecenzje. Wszystko w jego recenzjach jest cacy, ekstra, oceny wysokie, gry takie dobre. Potem przychodzi MatHandel, wchodzi się na sprzedam na forum i wszystkie te cacuszka są albo na sprzedaż albo do wymiany. Nie rozumiem tego.

        • kwiatosz

          Pogadamy jak żona naprawdę Cię na balkon wyprowadzi, a nie tylko straszy i straszy 😉

        • A ja też rozumiem i mam jak Odi. Nie mam żadnych sentymentów do gier – jeżeli coś nie jest długo grane to idzie na sprzedaż np. Dominant Species. Bardzo dobra gra, nie mam nic do zarzucenia (oprócz długości) – ale za długo zbierała kurz na półce -> poleciała na sprzedaż.

          • Windziarz

            Ok ale nie po tygodniu. Wyobraź sobie, że zrobiliśmy dziś reckę Core Worlds a za tydzień Ciuniek ją puszcza na forum. C’mon to chyba nie tak powinno się odbywać. Of course Ciuniek jej nie puści, bo ją sam nabył. Chodzi mi o to samo co Tycjanowi – dziś recka, ocena 8/10 a jutro sprzedaję.

          • Odi

            Ale ja ogólnie dużo i często sprzedaję 🙂 I recenzenckie i kupione, i to nie ma wielkiego związku z oceną. Chyba każdy wie, że Netrunner mocno mnie chwycił za serce. Jako jeden z pierwszych pisałem na forum, de facto nakręcając hajp. I co? Sprzedany.

          • kwiatosz

            Prawdziwy planszówkowiec albo się obroni przed hajpem Netrunnera, albo się otrząśnie. Mocne +1!

          • Odi

            Ja się nie otrząsnąłem – będę grał po sieci 😀

          • kwiatosz

            Rozumiem. Przykro mi, ale muszę wycofać plusa 🙁

          • Ciuniek jak chcesz puścić ją to możemy to zrobić po cichu – daj znać 😉

        • Ink

          Jeśli chodzi o sprzedawanie, pomijając teraz kwestię „karencji”, czyli ile czasu po opublikowaniu recenzji „godzi się” ją sprzedać (o ile w ogóle), to ja przyznaję, że gry które oceniłem jako solidne zdecydowanie zdarza mi się sprzedawać.

          Dzieje się tak dlatego, że poza ogólną „jakością” gry jest jeszcze taka kwestia, jak odpowiedniość gry do danego towarzystwa. Gry które mam na własność mają szansę być regularnie grane raczej w towarzystwie graczy „niehardkorowych”. Jeżeli dajmy na to trafi do mnie pozycja o dramatycznie wysokiej negatywnej interakcji – sprawdzam ją wśród hardkorowców w klubie planszówkowym, mając jednak świadomość, że nawet jeśli okaże się dobra, szanse na regularne granie w jeden tytuł w tymże klubie są bliskie zeru. Stąd też _mimo, że to dobra gra_, jej zaleganie na mojej półce nie ma sensu, bo wśród moich graczy „codziennych” nie będzie nigdy grana (poza tą jedną partią w której na potrzeby recenzji dowiaduję się, że nie będzie).

          Mogę ją jeszcze wyrzucić, ale jakoś nie widzi mi się to jako to bardziej „moralne” rozwiązanie.

    • Wielu rzeczy nie tknęliśmy bo gadalibyśmy jeszcze z godzinę 🙂 Z rzeczy o których piszesz, szczególnie warto zwrócić uwagę na grono w którym się gra i otoczenie. Te dwa czynniki powodują że dobra gra może być bardzo dobra, ale może też być słaba (a raczej wrażenia z grania). Tak jak ty nie słucham się recenzji w dwóch przypadkach:
      – zmęczeni ludzie w Essen, po całym dniu siadają do gry, świeżo po przeczytaniu instrukcji. Będą błędy, rozgrywka będzie się ciągnąć (patrz: Helvetia)
      – osoby, które usiadły do gry na konwencie / targach, gdzie zasady wytłumaczył świetnie nastawiony, wesoły designer, świetnie prowadził grę, było wesoło – patrz banan na mojej twarzy jak dwa lata temu grałem w RFTG: AA z Tomem Lehmannem – nie było bata, żebym się dobrze wtedy nie bawił.
      Rozgrywki w klubach już są bardziej wiarygodne, ale i tu zdarza się często, że spotka się grupka osób, które będą się nakręcać jaka to fajna gra / jaka ta gra jest słaba (patrz: moja rozgrywka w Spartacusa – z chęcia zagrałbym z chłopakami z Gradania 😉 )

      • kwiatosz

        Dla uczciwości muszę przyznać, że ostatnio trafiła mi się partia słabsza, gdzie było pełno kart blokujących. Ale fakt, na przykładzie Spartacusa najlepiej obserwowalny u mnie ostatnio – odpowiednia ekipa dodaje drugą jedynkę w skali Gradania do tego tytułu 😉

  • Windziarz

    Do Kuby. Twoja recenzja Babelo, czy jak to się tam pisze, miała inny problem moim zdaniem. Nie kwestią było, że grę oceniłeś źle. Dla mnie użyty przez Ciebie styl wypowiedzi nie był adekwatny. Z resztą to co Wam odpisał przedstawiciel wydawnictwa, było w dokładnie takim samym tonie. Dobrze, że napisałeś że gra jest słaba. Niedobrze, że w taki sposób.
    Jestem całym sobą za pisaniem złych recenzji. Kiedyś na spotkanie Nasze – Ink przyniósł grę Social Network czy cuś takiego. Gra była tak denna, że wojna karciana wydaje się przy niej majstersztykiem. Napisał „złą” recenzję i dobrze bo jeszcze ktoś by taką grę kupił.

    • No właśnie problem w tym, że bardzo się pilnowałem przy tamtej recenzji i nie zmieniłbym w niej ani jednego słowa.

      • Windziarz

        Ok i masz do tego prawo. Wydaje mi się, że to styl a nie zawartość spowodowała falę konsekwencji.

  • TataGeek tym razem nie będzie pisał artykułu w odpowiedzi. Zamiast tego wklei stary komiks z przygodami wydawNICtwa:

    https://scontent-a-vie.xx.fbcdn.net/hphotos-ash2/t1/310252_179121848845130_442005139_n.jpg

    Ogólnie polecam serię: http://czytam-kupuje.pl/wydawnictwo.html

    • Windziarz

      To i tak dobrze, że mama, tata i rodzeństwo czytają. Mnie nawet żona nie chce posłuchać 🙁

  • Pingback: Info | Tydzień ZnadPlanszy #01 ZnadPlanszy.pl()

  • Pingback: Wieści z kraju i ze świata #11 | PrzystanekLegnica()